wtorek, 30 czerwca 2015

Niezauważeni- rozdział 2

Cześć!
Przepraszam (znowu...), że ponownie dodaję notkę nie w terminie, ale w tamtym tygodniu był Dzień Ojca, a ja nie chciałam psuć swojego porządku dodawania notek. Uznałam, że jeśli chcę utrzymać tego bloga żywego przez najbliższy rok to muszę trzymać się mocno swoich zasad. Ogółem dodaję teraz nowy chapter opowiadania, ale pomyślałam też o tym by dodawać go tak co dwa tygodnie, a w odstępach pisać zwykłe posty- tak dla urozmaicenia ;) Mam nadzieję, że ten rozdział się spodoba!
Enjoy~!
_________________________________________________________________________________

 Susan biegła ile sił w nogach z myślą ,,A może uda mi się zdążyć na ten ostatni!" i niegasnącą nadzieją w te słowa. Wreszcie! Widać już przystanek.Brakowało jej tylko jakiś piętnastu metrów, a autobus już przyjechał. Dziewczyna przyspieszyła. Jeszcze te kilka metrów! Stróżka potu zaczęła spływać jej po plecach, a mięśnie zaczęły odmawiać współpracy. Chcąc nie chcą, musiała zwolnić. Cholera! Już odjeżdża! Susan przez sekundę rozważała czy by nie zacząć krzyczeć, ale to sprowadziło by na nią niepotrzebną uwagę przechodniów. Przystanęła wreszcie i ciężko dysząc spoglądała na tył żółtego autobusu, który oddalał się od niej z każdą chwilą. Gdy już zniknął na zakręcie blondynka z ciężkim westchnieniem wyciągnęła telefon. Postanowiła, że zadzwoni do ojca i powiadomi go o tym, że znów zastanie w domu. Na pewno się nie ucieszy z tego powodu. Już wybierała jego numer w spisie, gdy nagle usłyszała za sobą charakterystyczny warkot silnika. Błyskawicznie odwróciła się na pięcie i ujrzała srebrzystego chevroleta. Kierowca auta powoli opuścił szybę i oczom Susan ukazał się uśmiechnięty Jerry Greenholm. Ciemna grzywka delikatnie opadła na szmaragdowe oczy. Jasna karnacja była pozbawiona jakiejkolwiek skazy, a szeroki uśmiech ukazywał proste i białe zęby. Susan przełknęła ślinę i zdjać sobie sprawę, że bezczelnie się na niego gapi, odwróciła wzrok. 
- Na co czekasz? Wsiadaj!- blondynka aż podskoczyła na dźwięk jego aksamitnego głosu. Na miękkich nogach podeszła do drzwi od strony kierowcy i otworzywszy je, wsiadła do auta. Zapięła pas i wpiła się oparcie siedzenia. Zapadło między nimi  dość kłopotliwe milczenie w tle muzyki z radia. Nawet utwór My surrender nie zdołał ocieplić atmosfery. Jerry dyskretnie przyglądał się zamyślonej twarzy Susan, która wpatrzona w okno biła się z myślą co powiedzą jej znajomi na wieść, że sam Jerry Greenholm- nieoficjalny bóg liceum do którego chodziła-podwoził ją do szkoły. Gdziekolwiek się pojawiał wywoływał sensacje. Krążyły pogłoski, że dorabiał sobie jako model, choć tak naprawdę nie musiał- jego rodzina była tak chorobliwie bogata, że stać ją była na kupienie połowy miasta. Susan nigdy otwarcie nie przyznałaby się do tego, ale Jerry jest dla niej chłopakiem, który musi radzić sobie z problemami swoich rodziców, którzy postanowili się rozejść. Lubiła go na swój sposób. Nie był chamski, napastliwy czy też pozersko wyluzowany. Był... Jerrym Greenholmem- chłopakiem z dość bogatej dzielnicy i jej sąsiadem. Ciekawe czy on również ma podobne zdanie o mnie- pomyślała blondwłosa. 
      ~*~

Emilly Stage siedziała na fotelu obok kierowcy z miną wyrażającą cały gniew jaki może zebrać się w szesnastolatce. Natomiast Beth patrząc z uwagą na drogę, nuciła pod nosem jakąś wesołą melodię z reklam. Rudowłosa spoglądała na nią krzywo. Gdy wreszcie dojechały do szkoły, Emilly wyskoczyła z auta jakby ten miał zaraz stanąć w płomieniach. Prawie biegnąc  dotarła do drzwi wejściowych i otworzyła je z impetem, prawie przewracając Nathana Strike'a. Ten cofnął się o krok i prychnął:
- Uważaj! Pognieciesz mi koszulę!
- Och, przykro mi Nat!- zawołała ironicznie Emilly. 
- Nathan.- poprawił ją natychmiastowo chłopak.- Dobrze wiesz jak nienawidzę zdrobnień.
Rudowłosa przewróciła teatralnie oczami i mruknęła coś pod nosem. Szatyn ponownie prychnął i, po dłuższej chwili, wspaniałomyślnie podał jej swoje ramię, które ona przyjęła z nadąsaną miną. Nathan przywołał na swoją twarz uśmiech godny arystokraty i dostojnym krokiem skierował się do szafek, które dziewnym "zbiegiem okoliczności" mieli obok siebie. Chłopak z miną filozofa wprowadził szyfr do zamka i otwierając ją rzucił:
- Z tego co słyszałem to miałaś dziś nie przychodzić na lekcje. Stało się coś?
- Nnic...- spuściła wzrok.- A ty też miałeś nie przychodzić na lekcje!-zaatakowała go.- Stało się coś?
Nathan poczerwieniał na twarzy i warknął:
- Również nic.- po tych słowach zamknął swoją szafkę z głośnym trzaskiem i na odchodnym rzucił.- Zobaczymy się w stołówce. 
   ~*~
Kevin wysiadł ze swojego starego przedpotopowego opla i zatrzasnął ze złością drzwi. Poprawił torbę na ramieniu i olimpijskim sprintem przebiegł całą długość parkingu do szkoły. Po drodze zauważył samochód pani Ray-Weasly- jadowicie zieloną Toyotę Supra. "Ci nauczyciele to mają dobrze."- pomyślał z goryczą blondyn.      
~*~
 - Vanessa, szybko! Nie ociagaj się!
- Chwilkę! Muszę złapać oddech!- wysapała mocno czerwona na twarzy siostra.- Wiesz...że...że... nie mam...kondycji...
- Chodź i nie marudź!
-Idę, idę...- jęknęła płaczliwie.
~*~
- Warkot silnika starego merca rozległ się na szkolnym parkingu. Klnąc pod nosem Joe zaparkował w najgorszym możliwym miejscu- koło kontenera. Mieścił się on na samym końcu placu i był zarezerwowany tylko dla spóźnialskich. Nikt z własnej woli nie postawiły by tam nawet roweru, a co dopiero auta. Tomson przeczuwając nadchodzące niebezpieczeństwo w postaci mocno wkurwionego przyjaciela, czym prędzej wysiadł z samochodu i pobiegł do szkoły. Było już grubo po dzwonku. 

~*~
Kruczowłosa apatycznym wzrokiem powiodła po opustoszałym korytarzu szkolnym. Ani żywej duszy. Wprost idealnie. Czy nie mogłoby być już tak zawsze? Bez tych belferów. Bez tych głupich loli w postaci cheerlederek. Bez opóźnionym umysłowo dresów i nadzwyczaj inteligentnych do bólu nerdów. Lilith przymknęła powieki i odetchnęła głęboko przez nos. Nigdzie jej się nie spieszyło. Zawsze mogła pójść na następną lekcję albo też na trzecią, czwartą lub w ogóle zwiać ze szkoły i iść sobie na miasto. To było takie kuszące. Jednak pozostawał pewien problem. Problem w postaci Milliam. Przyjaciółka obrała sobie za cel by  za wszelką cenę Lilith zintegrowała się z resztą społeczeństwa. Jedyne co chciała od niej to dobra frekwencja, niezłe oceny i czystą kartotekę- w sensie bez żadnych uwag i tym podobnych. Te trzy rzeczy jak zawsze były dla Lili dość sporym ciężarem. Przeszkadzały jak kula u nogi. Mimo to dziewczyna ze wszystkich siła stara się podporządkować. Jednak dziś może pozwolić sobie na małe odstępstwo. Czego oczy Mili nie widzą to jej sercu nie żal, nie?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz